Reklama

Nigdy nie jest za późno na marzenia! [wywiad]

Rozmowa z Katarzyną Stawicką, dyrektorką Szkoły Społecznej STO w Ciechanowie, o jej ostatniej podróży na żaglowcu STS Fryderyk Chopin. Płynęła na nim przez ponad 7 tygodni. Pokonała w ten sposób ok. 9 tys. km. Pisaliśmy już o tej wyprawie, gdy się ona odbywała. Teraz publikujemy zapowiadany wywiad, poświęcony tej fantastycznej podróży.

CiechanówInaczej.pl: Pani znana była do tej pory z wielu rowerowych wyjazdów. Kiedy pojawił się pomysł, żeby popłynąć na statku?

Katarzyna Stawicka: - On się pojawił bardzo dawno. Do tego stopnia, że nie mogę sobie przypomnieć, kiedy. Bardzo lubię podróżować na statku, czy w ogóle przemieszczać się po wodzie, choćby na kajaku. To było moje marzenie, żeby odbyć długą morską podróż. Od dawna chodziło za mną marzenie, żeby wziąć udział w takiej wyprawie. Dowiedziałam się przypadkowo o fundacji, która organizuje Niebieską Szkołę. Nie mogłam jednak skorzystać z tej możliwości, bo co roku uczyłam jakąś klasę języka polskiego. W tym roku szkolnym tak z organizacji pracy wyszło, że jako dyrektorka uczę jedynie etyki. Uznałam, że kolejna taka okazja, żeby wziąć udział w prawie 2-miesięcznym rejsie po morzu, może się nie powtórzyć i złożyłam aplikację.

Reklama

Nie każdy ma tak przyjaznego pracodawcę, który da pracownikowi 2 miesiące wolnego...

- Ja akurat mam. Porozmawiałam z zarządem naszego stowarzyszenia. Mój organ prowadzący się zgodził. Niektórzy wręcz entuzjastycznie odnieśli się do realizacji mojego marzenia. Uznali, że nie mogą stawać na przeszkodzie do osiągnięcia wymarzonego celu.

Takie wyprawy na ogół to nie tylko spore przedsięwzięcia logistyczne, ale także zwyczajnie duże wydatki.

- Tym razem tak nie było, bo fundacja organizująca Niebieską Szkołę, pokryła koszty przejazdu do miejsca zaokrętowania, wyżywienie i zakwaterowanie na statku, a także powrotny bilet lotniczy do domu. Po mojej stronie była konieczność zaopatrzenia się w typowy sprzęt żeglarski, jak sztormiak czy rękawiczki. Wszystko pozostałe nam zapewniano. Korzyść była obopólna. Nauczycieli na statku było siedmioro. Zarówno my, jak i lekarz, który płynął z nami, pracowaliśmy na statku jako wolontariusze.

Reklama

Praca na statku do łatwych nie należy. Czy brała to pani pod uwagę, zanim zdecydowała się na ten wyjazd?

- Największe wątpliwości miałam związane z tym, jak sobie podczas mojego wyjazdu poukładają życie moi współpracownicy i moi bliscy. 7 tygodni poza domem ostatni raz mnie nie było, gdy byłam studentką. Wtedy nie miałam tylu obowiązków, co obecnie. Mąż zapewnił mnie jednak, że on sobie doskonale poradzi z opieką nad moją mamą, domem i kotami, a współpracownicy w szkole obiecali, że moja nieobecność nie wpłynie w żaden sposób na jakość pracy placówki. To przesądziło o podjęciu decyzji o wyjeździe. O tym, że na statku czeka mnie ciężka praca, przekonałam się o tym dopiero, gdy się na nim znalazłam.

Reklama

Może przybliżmy naszym czytelnikom, jak wygląda podróż...

- Rozpoczęła się ona w Maladze, w Hiszpanii, gdzie doleciałam z Polski samolotem. Gdy przyjechaliśmy, mieliśmy dwa dni szkolenia z podstawowej obsługi statku. Był też czas na zwiedzanie, bo było tam, choć to była połowa listopada, 25 stopni C. Potem wypłynęliśmy na Wyspy Kanaryjskie. Tu też mieliśmy wycieczkę. Zwiedzaliśmy Gran Canarię. Na Wyspach Zielonego Przylądka spędziliśmy trzy dni. Zrobiły one na mnie ogromne wrażenie, jeśli chodzi o przyrodę, krajobrazy i miejscową kuchnię. Zanim dotarliśmy na Karaiby, czekał nas 17-dniowy rejs przez Atlantyk. Pierwszym naszym przystankiem była Gwadelupa. Odwiedziliśmy też kilka innych wysepek, należących do różnych krajów, reprezentujących odmienne kultury. Próbowałam świetnej kreolskiej kuchni, zwiedziłam piękne miejsca, w których zachwyciła mnie fauna i flora. Na plażach spotykaliśmy egzotyczne iguany, papugi, pelikany, kąpaliśmy się w wodospadach, wspinaliśmy się na wulkany.

Reklama

Czy można zaryzykować stwierdzenie, że to była podróż życia?

- W ciągu 53 dni przepłynęliśmy ponad 9 tys. km i odwiedziliśmy 11 portów. Zarówno od strony turystycznej, jak i pracy w nietypowych warunkach, to było wyjątkowe doświadczenie. Na statku prowadziliśmy lekcje dla 36 uczniów. Odbywało się to wtedy, gdy np. były duże przechyły spowodowane silnym wiatrem, dało się słyszeć spory hałas, było gorąco. Mimo wszystko program zajęć szkolnych musiał zostać zrealizowany. To było duże wyzwanie. Mieliśmy wytyczne od kapitana, że lekcje odbywają się na poważnie, mają być zadawane prace dodatkowe, stawiane oceny.

Reklama

Dwójki też były stawiane...

- Nawet jedynki, ale najwięcej było dobrych ocen, bo to byli zdolni, ambitni uczniowie, z dużą motywacją do nauki i zdobywania żeglarskich szlifów. Założenie było takie, żeby długa nieobecność w szkole nie odbiła się na ich postępach edukacyjnych.

A co było największym wyzwaniem podczas tej wyprawy?

- Na pewno samo przebywanie tak długo poza domem, bez zasięgu internetu i możliwości zadzwonienia do domu. Najmniej przyjemny był ogromny deficyt snu. Każdy, kto był na statku, wykonywał wszelkie prace, które były przeznaczone dla załogi. Dotyczyło to zarówno pracy na żaglach, rejach czy w kambuzie. Jako nauczyciele i jednocześnie członkowie załogi, mieliśmy trwające 4 godziny wachty nawigacyjne. Zdarzało się, że wypadały one w nocy. To nie był rejs polegający na tym, że leżymy sobie na leżaku i czytamy przez większość dnia książkę! Cały czas mieliśmy intensywnie zagospodarowany. Trochę luźniejszy czas mieliśmy od 18 grudnia, gdy zaczęła się przerwa świąteczno-noworoczna. Wtedy odpadały lekcje. Mieliśmy więcej czasu wolnego i szereg atrakcji.

Reklama

A jak spędzaliście święta? Czy to były miłe chwile?

- Bardzo miłe, choć niekonwencjonalne. Sztuczną choinkę ustawiliśmy w klasie. Kolacja wigilijna była na bardzo wysokim poziomie kulinarnym. To doskonałe jedzenie rekompensowało nam nieobecność podczas świąt w domu rodzinnym. Z dużą częścią młodzieży poszliśmy na kreolską pasterkę, która mocno się różniła od europejskiej.

Sylwestra spędziliście na Martynice...

- Przyjęcie było zorganizowane na plaży. O północy spotkaliśmy się na statku. Najmłodszy i najstarszy członek załogi wybijał tzw. szklanki, czyli godziny zakończenia starej wachty i rozpoczęcia nowej. Kapitan złożył nam życzenia noworoczne, a potem były tańce na pokładzie do białego rana.

Reklama

Czy pogoda Wam sprzyjała podczas rejsu?

- Najgorszą pogodę mieliśmy na początku. Długo mieliśmy flautę, bo nie było wiatru. Potem dla odmiany wiało bardzo silnie i niemal wszyscy się pochorowaliśmy. Nie byliśmy w stanie jeść, ani pracować. U większości załogi po 24 godzinach spędzonych z głową za burtą, żołądek wrócił do normy. Potem, po przekroczeniu Zwrotnika Raka, zrobiło się bardzo gorąco, z temperaturą powyżej 30 stopni C., jak na tropiki przystało, ale nie narzekaliśmy, wiedząc, że za chwilę wrócimy do mroźnej Polski.

Reklama

Do domu wróciła pani 4 stycznia, ale samolotem?

- Tak, bo potem na statku pojawiła się kolejna ekipa, na drugim turnusie Niebieskiej Szkoły. Będzie jeszcze trzeci turnus, najtrudniejszy, z Jamajki aż do Szczecina, gdzie pogoda o tej porze roku jest zdecydowanie najgorsza. My pogodę mieliśmy raczej sprzyjającą, a wrażenia niezapomniane. Każdemu życzę takiej podróży, a już na pewno tym, którzy kochają przyrodę, wyzwania i wiatr we włosach. Nieważne, ile ma się lat. Nigdy nie jest za późno na realizację marzeń.

Reklama

Rozmawiał Roman Nadaj

Ps. Kto jeszcze nie miał okazji obejrzeć zdjęć z tej podróży, to zapraszamy do naszej galerii, gdzie publikujemy kilkadziesiąt fotografii udostępnionych nam przez Katarzynę Stawicką.  
 

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    cześć - niezalogowany 2023-01-26 17:39:04

    Fajnie. Moje marzenia przekreślili urzędnicy zamykając warszawską. Cała moja praca i marzenia rozmyły się. Dziękuję urzędnikom i gazetce ciechanowskiej za wyśmiewanie moich protestów i namawianie na przebranżowienie (jak tam w18?). Teraz mogę umierać.Dziękuję po,pisowi i peeselowi. Zabiliście mnie i moją rodzinę.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Stefek - niezalogowany 2023-01-27 07:56:50

    To nie urzędnicy tylko znak czasów, ludzie większość zakupów robią w galeriach lub on-line. Wokół ulicy Warszawskiej jest dużo parkingów gdzie można się zatrzymać. To już nie lata 90-te kiedy właściciele sklepów na ulicy Warszawskiej sprzedawali towar z olbrzymim zyskiem. Nie było wtedy wyboru, teraz jest.

    • Zgłoś wpis
  • Monty 2023-01-28 13:06:27

    Nie przekonasz ciechamowskich lemingów z PO i PSL , bo to ich mit załozycielski ,a wielu z nich tam tez mieszka ,że to postep i jak czytasz zero empatii dla innych ,którymi gardza ,bo prowadza jakies rodzinne biznesiki. Dziś widac ,że ten **ujowy deptak nie spełnia swojej roli i powinien zostac częsciowo w pierwszym etapie przerobiony na droge jednokierunkową od 17stycznia do Mikołajczyka z miejscami parkingowymi.Tak jak Plac JPII zostanie poprawiony tak i ten **ujowy deptak czeka na swojego wyzwoliciela

    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Ciechanowinaczej.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości